sobota, 25 lipca 2015

Rozdział 4

Witam wszystkich ^^ Przepraszam, za tak długą nieobecność, rozdział 5 postaram się wstawić jak najszybciej a zwłaszcza, że mam trochę czasu i  napad weny :-D Miłego czytania
~~*~~*~~
       
    
 W pewien słoneczny, wakacyjny dzień trzy młode dziewczynki, a dokładniej trzecio, czwarto i piątoklasistka, podczas odpoczywania na plaży odebrały telefon.
     - Musimy wracać, znowu coś chce – oznajmiła najstarsza z sióstr
Rodzeństwo wyruszyło w drogę powrotną do „domu”. Po dotarciu do starej, obtartej kamienicy, otworzyły drzwi z nadzieją, że ta „prośba” to nic wielkiego. Niestety, myliły się. Nikt ich niczego nie nauczył, wszystko co umiały i posiadały, było zasługą ich ciężkiej pracy i wysiłku. Nic nieświadome małolaty weszły do ciemnego pomieszczenia, przepełnionego nietrzeźwymi znajomymi swojego wuja oraz nieprzyjemnym zapachem alkoholu i papierosów. Pokój był zakurzony, a na podłodze walały się miliony muszek po piwie. Po chwili najmłodsze dziewczę zapytało się: „Co chcieliście”. Niestety nie dostały żadnej odpowiedzi. W zamian za to, wszyscy faceci wstali oraz otoczyli nieświadome dalszych zdarzeń dziewczynki. Patrzyli się na nie głodnym wzrokiem, zbliżając się do nich. – Wasz kochany wujaszek pozwolił nam się wami zająć. – Tak się zaczęła najgorsza noc w ich życiu.
 
 
~~*~~*~~
 
 
      Mój dziadek był zakręconym, ale bardzo mądrym człowiekiem. Do dzisiaj pamiętam jego każde słowo. „Jeśli nie walczysz o to czego pragniesz, to nie masz prawa płakać, że tego nie masz”. Jeżeli to ma być prawda, to niech mi ktoś powie, dlaczego skoro walczę o wolność, to jej nie posiadam. Mieszkam w tej cudnej posiadłości, ale nie mogę tego nazwać „wolnością”. Jestem uwiązana na niewidzialnym łańcuchu przeszłości. Tak bardzo pragnę naprawić błędy, tylko nie mam na to okazji.
     Dzisiejszego, pochmurnego oraz zimnego poranka, po raz kolejny otworzyłam oczy i po raz kolejny miałam w nich łzy. Pierwsze co ujrzałam to czarna, zamazana postać stojąca nade mną. To był kamerdyner tego domu. Gwałtownie podniosłam się i przetarłam oczy śnieżnobiałą koszulą w której spałam.
     - Zły sen? – zapytał lokaj klękając obok mnie. Podając chusteczkę dodał – przyszedłem zamknąć okno z powodu mrozu, lecz zobaczyłem, że masz jakiś koszmar.
     - Tak, znowu to samo – odpowiedziałam, siedząc na łożu, wzięłam ręce do tyłu i oparłam się na nich, a pusty wzrok skierowałam przed siebie.
     - Znowu? To znaczy, że codziennie śni ci się ten sam sen? – zapytał ze zdziwieniem
     - Bardziej horror niż koszmar i nie ten sam, za każdym razem inny, ale nie ma się czym przejmować. – Wstałam i podeszłam do szafy wybrać ciuchy. Te sny powoli mnie wykańczały, każdy z nich był inny lecz treść miał tą samą: moja przeszłość. Był to temat, którego nienawidziłam najmocniej na świecie.
     - Naprawdę wszystko w porządku? – zapytał się jeszcze raz dla pewności.
      - Tak wszystko w porządku, nie chcę być dla kogoś ciężarem – oznajmiłam wyciągając skromną, beżową sukienkę – Nadal nie rozumiem po co mnie tu trzymacie. – Nie zważając na mężczyznę zaczęłam się ubierać. Nie wiedziałam dlaczego są dla mnie tacy mili. Nie chciałam wiedzieć, ponieważ z doświadczenia wiem, że to nie wróży nic dobrego. Zawsze tak się zaczyna, a potem koszmarnie kończy.
     - Królowa tak rozkazała, a poza tym możesz nam pomóc w pewnej sprawie a my zapewniamy ci dach nad głową i jedzenie – odpowiedział
     - Jakiej sprawie? – zapytałam bez żadnych emocji, było mi to obojętne, gdyż się przyzwyczaiłam do tego, że każdy mnie wykorzystuje.
     - Wszystkiego się dzisiaj dowiesz – powiedział – zrobiłaś się bardziej rozmowna, nie sądzisz
     - Nie zrobiłam, od zawsze taka byłam, tylko to zależy od tego z kim jestem – odpowiedziałam rzucając się z powrotem na łóżko i spojrzałam w sufit. Oni nic o mnie nie wiedzą. W rzeczywistości jestem wesoła, energiczna i gadatliwa, lecz ostatnio nie mam powodów żeby taka być. Wręcz przeciwnie, wszystko i wszyscy sprawiają żebym zamknęła się w sobie i z nikim nie rozmawiała. To nie jest takie łatwe, chcę mieć choć jedną osobę której mogę się zwierzyć. Nigdy takiej nie znajdę, prędzej czy później i tak mnie zdradzą i oszukają. Sebastian jest całkiem przystojny i miły, chociaż to drugie może być tylko iluzją. Byłby idealnym chłopakiem… haha o czym ja w ogóle myślę. Co mi jest? Czasami rozmyślam, że mogłabym mu zaufać i powiedzieć wszystko, ale boje się zdrady. Ale co mi szkodzi, najwyżej znowu będę zmuszona uciekać. Przecież nie zostało mi już nic. Nie mam domu, rodziny, przyjaciół… honor też mi zabrano. Nie mam co stracić. Zaryzykuję i powiem wszystko... Jak na razie poczekam, opowiem wszystko jak nadarzy się okazja.
     - To znaczy, że nie możesz mi jeszcze zaufać – zapytał oczekując pozytywnej odpowiedzi
     - Nie wiem, od dawna uważam, że nie mogę nikomu ufać, a ostatnie dwa lata tylko potwierdziły to – oznajmiłam wstając z łózka i poprawiając sukienkę do kolan przewiązaną brązowym pasem. Na nogach miałam botki w kolorze kasztanu, a włosy przewiązane wstążką w tym samym odcieniu. – Myślałam już o tym, ale może spróbuję wam zaufać, chociaż nie wiem co z tego wyniknie, lecz nie zaszkodzi spróbować. Z drugiej strony dostałam nauczkę i to kilkanaście razy aż w końcu nie wiem co mam robić.
     - Może spróbowałabyś zobaczyć jak się sprawy potoczą, a następnie zdecydujesz co robić – poradził uśmiechnięty lokaj. Otworzył drzwi prowadzące na korytarz i zaprosił mnie na śniadanie. Lekko wzdychłam, uniosłam uśmiechnięty wzrok na niego i odpowiedziałam – spróbuję.
 
 
~~*~~*~~
 
 
     Po skończonym śniadaniu Ciel wrócił do swojego gabinetu wraz z Sebastianem, a ja poszłam pozwiedzać ogród.
     - I czego się o niej dowiedziałeś? – zapytał zirytowany chłopak z opaską na oku.
     - Jeszcze nic – odpowiedział kamerdyner jakby nic się nie stało.
     - Kazałem ci się wszystkiego o niej dowiedzieć – wykrzyczał wkurzony małolat – Nic o niej nie wiemy. Nawet jeśli to był rozkaz królowej, to nie możemy mieszkać pod jednym dachem z osobą wziętą z nie wiadomo skąd. Kamerdyner skinął tylko głową, a po chwili podał ciasto cytrynowe. – Nie wiemy skąd jest, nie wiemy kim jest, nie wiemy ile ma lat ani jak się naprawdę nazywa, biorąc pod uwagę jak się przedstwaiała, mogę to bez problemu wywnioskować.
     - A ja mogę potwierdzić, że nie jest osobą podobną do mnie, jest zwykłym człowiekiem. – Po długiej przemowie hrabi w końcu zabrzmiał głos lokaja. – Nie będzie łatwo zdobyć informacje, ona nie ufa nikomu. Możliwe, że jest podobna do panicza, mogła przechodzić przez jeszcze gorsze rzeczy. Postaram się przekonać ją do mnie, lecz to będzie trudne – dodał zabierając talerz po skończonym posiłku.
     - Mam nadzieję. – Ciel przystanął przy oknie spoglądając na podwórze. – Spójrz, niezła jest. – Na samym szczycie drzewa siedziała Katie próbując coś dosięgnąć – Nie ma nic do niej, ale nie chciałbym mieszkać pod jednym dachem z mordercą. Skoro ona ci nic nie powie, to rozkazuję ci poszukać wiadomości o niej, a jeśli nic to nie da, to masz się wszystkiego dowiedzieć od niej samej. Sposób w jaki to zrobisz już mnie nie obchodzi.
     - Yes, my lord
 
    - I jeszcze jedno – dopowiedział granatowo włosy – Powierzyłem tobie opiekę nad Katie, więc dlaczego jeszcze tu stoisz – powiedział  obracając głowę w stronę sługi.
      - Czyli panicz też ma swoją dobrą stronę – odpowiedział czarnowłosy mając przy tym niezły ubaw.
      - Haa…  Jeśli spadnie z tego drzewa i cos sobie złamie to narobi nam wiele kłopotów – odpowiedział oburzony.
 
 
~~*~~*~~
 
Piętnaście minut wcześniej…
 
     Nie mając nic ciekawego do robienia, udałam się do ogrodu. Nie było w nim nic oprócz błota oraz bezlistnych drzew i krzewów, jak na tą porę roku przystało. Ubrałam czarny płaszcz, który trzymałam w ręce i usiadłam na ławce. Horyzont w oddali zasłaniał długi i ciemny las,  przed nim znajdowała się mokra trawa, więc nie było mowy przechadzce. Słońca nadal nie było widać. Zaczęłam rozmyślać nad swoim życiem i tym co powinnam zrobić. Pomimo tego, że wymyślałam najlepsze plany jakie kiedykolwiek stworzono, a rozwiązanie zagadki potrafiłam znaleźć w pięć minut. Jednak tym razem nie miałam żadnego pomysłu. Dłonie schowałam do kieszeni, a głowę odchyliłam do tyłu kładąc na oparcie. Zamknęłam oczy. Pokazywały mi się obrazy przyjaciół i znajomych z jednostki, do której należałam. Nie było mnie tam prawie dwa lata, zarówno szefostwo jak i podopieczni pewnie już nie żyją, ale kto wie. Mam nadzieję, że nic im nie jest…
      - Aaaaa! – Zerwałam się nagle na nogi, obejrzałam dookoła i pobiegłam za krzyczącym głosem. Co się znowu dzieje. Dobiegłam na placyk przed drzwiami  posiadłości, prowadzących do kuchni. Na Sznurkach suszyło się pranie, a koło wielkiego drzewa stała zakłopotana Mey-rin. – Co się stało? – zapytałam spokojnie, chociaż w środku byłam wkurzona, żeby tak człowieka wystraszyć.
      - A, to pani! – powiedziała głośno jakby nie widziała, że do niej podchodzę. – Wieszałam pranie i nagle… 
     - Wiatr porwał koszulę i utknęła na drzewie… tak było – skończyłam mówić za nią oraz opuściłam wzdychająco głowę. – Masz, potrzymaj. – Zdjęłam płaszcz i podałam pokojówce.
     - Co panienka zamierza zrobić – powiedziała z zakłopotaniem wymachując rękami.
      - Jak to co? – odpowiedziałam z lekkim zdziwieniem – Idę ją zdjąć.
      - Nie może panienka! To nie jest zajęcie dla dziewczyny, jeszcze spadniesz i sobie coś zrobisz
      - Spokojnie, nie musisz krzyczeć, nic mi nie będzie. Miliony razy wchodziłam na większe rzeczy – odpowiedziałam będąc w połowie drogi na szczyt. – I jeszcze jedno, nie jestem panienka tylko Katie, możesz to przekazać pozostałym? – zapytałam, na co bordowo włosa przytakująco kiwnęła. Jeszcze trochę i ją dosięgnę. Wystające patyki przeszkadzały w dotarciu do celu. Jeszcze trochę… Tak mam. Po chwili gałąź na której stałam, ugięła się i poleciałam na dół.
     - Aaaaa! Katie! – Pokojówka wykrzyczała najgłośniej jak się dało. Gdy otworzyłam oczy wisiałam, trzymając się niższej gałęzi. Na ziemi obok czekał już Sebastian, przygotowany do złapania mnie. Musiał się zdziwić, że w ostatniej chwili zdążyłam się złapać. Mey-rin ma bardzo donośny głos. Czemu spadając nie wydałam z siebie żadnego dźwięku… a już wiem, to dlatego, że przyzwyczaiłam się do zachowania ciszy w takich sytuacjach.  Po chwili odezwał się kamerdyner – Dlaczego weszłaś tak wysoko, mogłaś zginąć – Podszedł do mnie i próbował mnie ściągnąć, lecz zanim jego dłoń zbliżyła się, ja już zdążyłam odepchnąć się od pnia i zeskoczyć na dół.
     - Chciałam tylko zdjąć koszulę z drzewa – powiedziałam cichym wzrokiem udając, że jestem obrażona.
     - Następnym razem zawołajcie mnie dobrze. – Lokaj westchnął bezsilnie. – Proszę Mey-rin, idź i dokończ swoją pracę – powiedział podając biały materiał pokojówce. Dziewczyna w okularach zrobiła się cala czerwona i od razu pobiegła nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa. – Katie – Gdy tylko wypowiedział te słowa, wiedziałam, żeby się już nie odzywać. Był strasznie zły, mogłam to wywnioskować z jego twarzy. – Co ty sobie myślisz, a jeśli by ci się coś stało. – Odwróciłam się, lepiej nie będę nic mówić, jeszcze pogorszę sprawę. – Masz więcej nie robić takich rzeczy rozumiesz? – Ach zamknij się już, nie potrzebuję niańki. Chciałabym to powiedzieć, ale nie będę ryzykować
     - Tak rozumiem, już nie będę – odpowiedziałam cicho, zaciskając zęby.
     - Powinniśmy już wracać, zaraz podam obiad
      - Yhym – przytaknęłam i ruszyłam przed siebie
 
     Gdy wchodziliśmy do posiadłości, zobaczyłam jadący powóz. Spoglądałam to na Sebastiana, to na pojazd. Lokaj uśmiechnął się i zszedł na dół. Z bryczki wyszedł zadowolony mężczyzna w białym garniturze i podał mu jakiś list.
     - O witam panienkę. Nazywam się Grey Charles i jestem kamerdynerem królowej.  – Podbiegł do mnie i znienacka pocałował moją dłoń – Mogę poznać panienki godność?
     - A, ach tak, może pan do mnie mówić Katie – powiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
     - Jakie ładne imię. Chciałabyś się ze mną przejechać… - W tym momencie przerwał mu facet  w czerni, łapiąc mnie za rękę i odsuwając od niego. – Wybacz ale musimy odmówić, właśnie kierowaliśmy się na posiłek – mężczyźni spojrzeli na siebie złowrogo, po czym białowłosy dodał – Może innym razem. – Po tych słowach udał się do wozu i odjechał
Pieprzony podrywacz. Skrzywiłam się i weszłam do domu. – A właśnie, Sebastian co to za koperta? – zapytałam z ciekawością.
     - List od królowej – odpowiedział spoglądając na biały papier.
     - Od królowej? Po co? – Nie wiem po co pytałam. Nie było to spowodowane ciekawością. Chciałam zmusić siebie, żeby mu zaufać. Dlaczego to robię? Po co? Te pytania krążą mi po głowie od śmierci dziadka. Tak bardzo chcę poznać odpowiedź.
     - Panicz jest tak zwanym „kundlem królowej” kimś w rodzaju podwładnego. Jeśli coś ją martwi to kieruję się do niego z rozkazem o załatwienie sprawy. Panicz musi je pilnie wykonać, a następnie złożyć raport. Czasami trzeba zwyczajnie coś sprawdzić, a za drugim razem chodzi o zabójstwo. – Kamerdyner rozpoczął wszystko powoli i dokładnie wyjaśniać. – W tej misji tez weźmiesz udział.
     - E? Co? Czemu ja? – odpowiedziałam zniechęcona.
     - Nie bądź taka zdziwiona, już ci wcześniej to mówiliśmy. Nie musisz się martwić, zawsze bronię i ratuję panicza z opresji. Jedna osoba więcej nie robi różnicy. To jak, pomożesz?
     - A mam inne wyjście – oznajmiłam wzdychając.
     - Niestety nie.
 
 
~~*~~*~~
 
 
     Po skończonym posiłku, Ciel zaprosił mnie i Sebastiana do gabinetu w celu opowiedzenia szczegółów misji. – Kolejne problematyczne zadanie, a właściwie dwa… – chłopak z opaską rozpoczął rozmowę, a my uważnie słuchaliśmy. – Z pierwszym z nich szybko sobie poradzimy bez problemu. Ja i Sebastian załatwimy to sami w następny piątek. Natomiast to drugie nie będzie łatwe, i może trochę potrwać. Za dwa tygodnie wyruszamy do…
 
 
Ciąg dalszy nastąpi